?

Zdałam maturę. Przez trzy lata przygotowywałam się do najważniejszego (jak myślałam) egzaminu w moim życiu, i wiesz co? Nie był najważniejszy. Nie stresowałam się, nie brałam nic na uspokojenie, nie podburzałam w sobie sztucznego strachu i adrenaliny. Przyszłam, usiadłam, napisałam, wyszłam. Oczywiście, że mogło być lepiej, bo mogło być 100%, ale 96% to też nie jest źle, prawda?

Moim jedynym dylematem było codzienne „szpilki czy płaskie?” Jasne, robiłam jeszcze jakieś zadanka z matmy, ale tak wiesz, chill. W tydzień całych trzech lat nie powtórzę. Ustny polski to już w ogóle. Nie chciałam miłości- bach: „zakochani w sztuce”. Proszę Pani, zakochani są wspaniali, a Gustaw to nawet się przekręcił z miłości.

Zdałam maturę i się wyprowadziłam. Taszczyłam wielką walizę przez wielką ulicę, wielkim chodnikiem wielkiego miasta. Chciałam tu być i nie chciałam, ale słowo się rzekło i trzeba było zaryzykować. Załatwiając pierwsze „dorosłe sprawy” jak karta miejska czy konto w banku byłam z siebie dumna, że wow, ja do lekarza sama nie dzwonię,a tu będę jeździć po dwumilionowym mieście i w nim żyć. W podziemiach jeszcze się gubię , więc unikam ich jak mogę. Tak tak, trzeba się będzie nauczyć, ale póki nie korzystam często z metra, to sobie daruję.

Kiedy zostaję sama, śpię z ciupagą pod łóżkiem. No co? To nie wieś, że wszyscy się znają, a podwójny zamek w drzwiach można rozbroić. Zamierzam wybrać się na kurs samoobrony. Szczególnie, że lubię nocne spacery i wymykam się po zmierzchu.

Zdałam maturę, wyprowadziłam się i znalazłam pracę. Obstawiałam maka albo call center i nawet nie śniłam, że mogę pracować tu, gdzie pracuję. Nie takie hop siup, znaleźć pracę pierwszego dnia. Nie liczyłam na to, ale też nie liczyłam, że dobrą pracę dostanę tak szybko. CV niemal puste, czas w liceum poświęcałam nauce. Ale znajomość języków, różne kursy, dodatki… Jakoś to wygląda.

I rozmowy kwalifikacyjne. Ahhh najlepsze. Przed pierwszą miałam nogi jak z waty, choć nie było to coś, czego nie mogłabym osiągnąć. A potem to już z górki. Uśmiech, głowa do góry, proste plecy, luz. To też są ludzie. Też zaczynali, też pracowali, nie jestem pierwsza. I cyk, dałam radę.

Mam pracę, którą lubię i która sprawia mi przyjemność. Chętnie do niej wracam i chcę się doskonalić w tym, co już umiem i uczyć się nowych rzeczy, a do tego mam mnóstwo sposobności. Jestem w świetnym zespole, mogę liczyć na pomoc i wsparcie. Nie czuję presji- jedynie tą, którą narzucam sobie, żeby moje działania były wydajne i przynosiły jak najlepsze rezultaty. Dopiero zdobywam doświadczenie, więc nie oczekuję, że wszystko od razu będzie perfect- nie od razu Kraków zbudowano, praktyka czyni mistrza. Najważniejsze, że to, co robię, daje mi satysfakcję i pozwala poszerzać horyzonty.

Zdałam maturę, wyprowadziłam się i znalazłam pracę, i nie przestaję się zastanawiać, czy dopisać, że nadal umarłam?

Reklamy

Przerywnik

Już prawie jedenasta, kiedy zaczynam to pisać. Jutro matura, a ja znów do późna nie śpię. Powinnam być zmęczona po całym dniu – biegałam, uczyłam się, spacerowałam, uczyłam się, płakałam, uczyłam się… Nauka mnie wykańcza.

To tak, jak powtarzanie jednego słowa w kółko. Na początku jest w porządku, ale potem plącze Ci się język, mąci w głowie… Jak słuchanie w kółko tej samej piosenki. Non stop. Huk w głowie, szum, otępienie… Dzięki Ci moja wspaniała podstawówko, że nauczyłaś mnie systematyczności, dzięki czemu teraz nie martwię się, czy zdam tą niewdzięczną loterię.

O czym będę śnić dziś? Znów o lawie, wlewającej się przez okno do mojego łóżka? O zdeptanych kwiatach i powywracanych ławkach? O miejscach, w których nigdy nie byłam, a rano okaże się, że istnieją naprawdę?

Zamykam myśli w głowie i liczę. „Aby wyznaczyć symetralną odcinka, wyznaczam jego równanie, potem znajduję środek, potem prowadzę prostą…” Wykonuję w głowie proste obliczenia, by zająć czymś myśli, które zmęczone, zasypiają, jak ja.

Umarłam

Tak wiem, długo mnie nie było.

Tak wiem, długo nie pisałam. Od września.

Tak wiem, znów was zostawiłam.

Ale przepraszam, umarłam.

A więc stało się niemożliwe. Stało się to, co jeszcze do niedawna uważałam za rzecz, która nie ma prawa się zdarzyć. Nierealne. Jakby niebo spadło; przynajmniej tak myślałam. Przynajmniej tak czułam, kiedy nie wstawałam z podłogi, a jakakolwiek inna czynność prócz beznamiętnego patrzenia w pustkę była nieosiągalna.

Minęły już niemal 3 miesiące, odkąd umarłam. 3 miesiące, odkąd wszystkie moje plany na życie poszły, ładnie mówiąc, do lasu. 3 miesiące od mojej śmierci. A może umarłam już wcześniej? Może umierałam od września, może od sierpnia…

Może umarłam już dużo wcześniej, ale chodziłam jak zombie, które nie czuje, że jest martwy. Martwy w środku. Pusty i beznamiętny. Przyzwyczajenie się do nieustannego poświęcania się dla drugiej osoby zajęło mi tyle czasu, że nie zauważyłam nawet, kiedy granica została przekroczona. Kiedy On przekroczył granicę. A może przekraczał je przez cały czas, ale były tak cienkie, że ich nie zauważyłam? Nie zauważałam przez ostatnie miesiące, a może od zawsze.

Mogłabym powiedzieć, że odeszłam z tego świata. Ale nie ja odeszłam, tylko on. Całość zamknęła w braku słów, których nie było. W steku wyzwisk, które nie należą do słów, a które beztrosko unoszą się ponad głowami. Przepraszam, unosiły. Dziś jest cicho, choć w moich koszmarach- cyklon. Może wtedy też był, ale go wypłakiwałam. Dziś nie mam na to sił.

 

"Głupio tak"

Zmuszam się do smutku
bo głupio tak być szczęśliwym
gdy inni toną we łzach
Zmuszam się do szczęścia
bo głupio tak płakać
gdy skaczą do nieba

◊ by dodać komentarz nie musisz wpisywać adresu e-mail ◊

"Żądaj"

Żądaj ode mnie prac Herkulesa i gór
żądaj talentu jakiego nikt jeszcze nie miał
żądaj mądrych odpowiedzi na głupie pytania
nie zmusisz Boga, by się przestał gniewać
Mam 18 lat i listę oczekiwań
którym muszę sprostać do soboty
a siedzę na moście i napełniam jezioro
żądaj ode mnie czegoś dla mnie

◊ by dodać komentarz nie musisz wpisywać adresu e-mail ◊

Letarg

Nie pamiętam zbyt dobrze, co się działo w ciągu ostatnich 4 miesięcy mojej nieobecności. Może dlatego, że ja cała byłam nieobecna. Dużo było radości, bardzo dużo. Smutków też sporo, ale ostatecznie wypadkowa wychodzi na plus.

Zeszyt z utworami leży zakurzony. Tak dawno nic nie napisałam. Nie, żebym nie miała o czym pisać. Choć może to właśnie jest powód… Kryzys literacki? Może po prostu wypalenie? Nie, to nie to. Nadal mam zrywy twórczości, ale to najczęściej pojedyncze zdania. Zbyt nieuchwytne, żeby je zatrzymać na dłużej.

Brakuje mi tego. Może pora znów zdziecinnieć? A może właśnie wydorośleć? Za 3 miesiące i 3 dni kończę 18 lat. Będę prowadzić, głosować, jeszcze się uczyć, ale pracować, bynajmniej tak to widzę. Ale ja jeszcze nie chcę. Chcę siedzieć z książką w ręku, narzekać, że mrówki kąsają, że komary bzykają, że za szybko się ściemnia, że znowu nie zdążyłam odkryć Ameryki.

A gdybym kiedyś stąd odeszła, nie obrażajcie się na śmierć.

* * *

Patrzysz mi w martwe oczy
milczysz
że to dopiero początek
że trzeba iść do diabła
może on coś wymyśli

A mi się już nie chce
skakałam przez kałuże cały rok
zamiast założyć kalosze

Znowu zachoruję
i jak wyjdę
to wrócę
bo zawsze wracam
… głupia ja